Menu

  Zadra --> Artykuły  
 

<<Powrót  |


Kazimiera Szczuka

Gdyby one wiedziały!

Najtrudniej jest spotkać Lilit. Opowieści chasydek Anki Grupińskiej to książka, która natychmiast zdobyła popularność i uznanie krytyków. Ale...

Napisana bardzo gęsto i treściwie, jest owocem blisko pięciu lat pracy; czytania, zbierania materiałów i przede wszystkim - nagrywania rozmów z chasydzkimi mężczyznami i kobietami w Izraelu. Podtytuł Opowieści chasydek może być nieco mylący. Zwróciła na to uwagę Bożena Umińska, w recenzji zamieszczonej w "Kurierze Czytelniczym" (1999 nr 56). Zgodnie z cytowanymi przez Ankę Grupińską słowami jednego z rabinów, ktoś taki jak "chasydka" w ogóle nie istnieje. Mężczyzna to "chasyd" i on ma swoją kobietę do rodzenia i prowadzenia domu, a nazwanie tej podrzędnej, niewykształconej i wykluczonej z uczestnictwa w życiu religijnym istoty "chasydką" jest zwykłą uzurpacją. Umińska pisze, że lektura książki właściwie skłania do uznania racji rabina. Podobne odczucia wzbudziło dzieło Grupińskiej również we mnie. Ogromna praca, jaką wykonała autorka (również praca nauczenia się hebrajskiego, dzięki czemu książka mogła powstać) zasługuje na najwyższy podziw. Jej owocem jest jednak szczegółowy i interesujący opis świata religii mężczyzn, a kobiety pojawiają się tu tylko po to, aby zaświadczyć o swoim nieistnieniu. Sam ten zapis nieistnienia jest wstrząsający. Moja mama uznała Najtrudniej jest spotkać Lilit za demaskację krzywdy i opresji kobiet w ortodoksyjnych wspólnotach żydowskich. (Jest to bardzo cenne, zważywszy że mama na ogół neguje istnienie w przyrodzie czegoś takiego jak patriarchat). Mnie jednak, obeznanej z feministycznymi pracami, które często stanowią archeologię kobiecych światów i języków niewidzialnych, ukrytych pod oficjalnym porządkiem rozmaitych kultur - Grupińskiej styl pisania o kobietach wydał się powierzchowny, suchy i okrutny. Być może taka jest "prawda", ale pod taką prawdą zawsze jest jeszcze wiele warstw, jaskiń, zasypanych ścieżek i szczelin, ukrytych pod systemem kulturowej reprezentacji. W książce pojawiają się znaki tego innego, ukrytego kobiecego świata, ale autorka nie podąża ich śladem. Zafascynowana chasydyzmem "w ogóle", uznaje oficjalną wersję za jedyną możliwą.
Kiedy przeczytałam książkę, byłam zaskoczona tym, że w głębszym sensie tak mało uwagi poświęca ona kobietom. Zapewne o wiele więcej, niż poświęca się im w tradycyjnych, ogólnych opracowaniach o chasydyzmie, ale chyba o wiele za mało, żeby w podtytule umieścić słowa Opowieści chasydek, co kojarzy się z Opowieściami chasydów Martina Bubera i mogłoby zapowiadać jakiś komplementarny, kobiecy klucz do kultury chasydzkiej. Spodziewałam się, jakże naiwnie, czegoś w rodzaju Kobiet mądrości Tsultrim Alione, książki napisanej przez Amerykankę, która w patriarchalnej tradycji buddyzmu tybetańskiego odgrzebała zasypaną ścieżkę świętych jogiń buddyjskch i spisała ich dzieje, odnalezione w tybetańskim folklorze. We wprowadzeniu do swej książki Alione pisze, jak bardzo ważne dla kobiet jest odtworzenie ich dawnych opowieści - bez swojej historii, bez własnej opowieści, kobieta, oderwana od doświadczeń duchowych czy religijnych, "zamknięta jest w milczeniu". Taką właśnie kobietę opisała Grupińska. Natomiast Tsultrim Alione pisze, że chciałaby wypełnić przepaść milczenia historiami kobiet, które podjęły duchowe poszukiwania, osiągnęły "wielką duchową głębię i mogły pomóc innym". Bohaterki tych opowieści, żyjąc międzyXI a XIV wiekiem, "musiały sobie radzić z kulturowymi i religijnymi uprzedzeniami wobec kobiet podążających duchową ścieżką, które były bardzo podobne do tych, z jakimi i my się stykamy" - pisze współczesna autorka.

Zakonspirowana wiedza

Wątek chasydzkich "kobiet mądrości" pojawia się u Grupińskiej marginalnie. Autorka pokazuje, jak silnie został on wyparty i wymazany z kultury oficjalnej. "Niektórzy historycy chasydyzmu twierdzą, że umiejscowienie kobiety religijnej w kuchni i przy dzieciach to powszechnie błędna interpretacja jej roli" - pisze autorka. W referowanej przez nią pracy historyka Samuela Horodeckiego opisane jest, jak w dawnym chasydyzmie kobieta "chodziła z kwitelech do cadyka, radziła się świętego w sprawach duchowych i ziemskich, i wracała do domu wypełniona radością i silną wiarą". Dzisiaj chasydki nie są przyjmowane przez rabinów. Autorka książki jednak nie zgadza się z Horodeckim i twierdzi, że jego "dość popularna teza" o tym, że dawny chasydyzm był w mniejszym stopniu represyjnie patriarchalny niż dziś i pozwalał na manifestowanie duchowości kobiet - nie jest prawdziwa. A jednak sama Grupińska pisze o kilku słynnych kobietach-cadykach, które dzięki pobożności i wiedzy talmudycznej przekraczały ograniczenia nałożone na ich płeć. Taka "kobieta mądrości" "modliła się jak mężczyzna, to znaczy nosiła cicit, owijała się w tałes i zakładała filakterie, studiowała Torę, Talmud, Kabałę, a zaakceptowana przez chasydów - przyjmowała ich prośby, radziła, błogosławiła, leczyła, czasem cuda nawet czyniła. Niewiele o tych kobietach wiadomo, jedynie ich imiona zostały zapamiętane przez historię". Jente Jasnowidząca "miała oczy, które widzą to, co niewidzialne, i uszy, które słyszą to, co niesłyszalne. Chana Chawa, córka rabiego Mordechaja Twerskiego z Czarnobyla, znana była ze swych aforyzmów i opowieści w całej chasydzkiej Polsce. Służyła radą i błogosławieństwem kobietom, które przybywały do niej z najodleglejszych stron". Było ich więcej - Perele Szapira; Eidele, córka rabiego z Bełza; Szejwa Lea Liwszyc; Henia Halberstam - wszystkie te kobiety uczyły się i modliły razem z mężczyznami, cieszyły się sławą i uznaniem. Na ogół zresztą były córkami rabinów, dlatego pozwalano im się uczyć. Najsłynniejszą wśród nich była żyjąca w XIX wieku Chana Rochele Werbermacher, czyli Panna z Ludmiru albo inaczej Dziewica z Włodzimierza, która mimo potężnego oporu cadyków oddała się studiom i modlitwom i zgromadziła wokół siebie uczniów. Oczywiście, wywalczyła sobie los zupełnie wyjątkowy, podobnie jak inne kobiety opisywane w rozmaitych zmarginalizowanych opowieściach religijnych - buddyjskich, chrześcijańskich czy hinduskich, jak bohaterki Alione czy opisana ostatnio przez Olgę Tokarczuk apokryficzna święta Kummernis albo Wilgefortis.
Wiedza o kobietach cadykach-cudotwórczyniach jest jednak bardzo ściśle zakonspirowana przed dzisiejszymi ultra-ortodoksyjnymi dziewczętami. Grupińska pisze, że choć o Pannie z Ludmiru słyszało wielu jej męskich, co bardziej oczytanych, rozmówców - żadna kobieta nie ma o niej pojęcia. "W szkołach żeńskich dziewczyny nie uczą się o najbardziej znanej kobiecie-rebe, bo - jak powiadają chasydzi - "nie trzeba przewracać dziewczętom w głowach"" - pisze, z pewną goryczą, autorka. (Podobnie zresztą dziewczęta i kobiety żyjące dziś "za murem" nie słyszały o współczesnych "rabiniach". Kobieta-rabin - "to chyba jakieś gojowskie wymysły!" - mówi jedna z rozmówczyń). A jednak Anka Grupińska sama nie jest chyba przekonana o znaczeniu czy konieczności odtworzenia opowieści o słynnych ongiś, mądrych kobietach. W końcu, jak pisze, uczestnictwo w życiu duchowym poprzez rolę matki i żony jest równie piękne. Dość dziwnie - na stronach, gdzie opisywane są owe archeologiczne szczątki życia duchowego chasydek i gdzie sama Grupińska z goryczą konstatuje zmiatanie tych śladów z powierzchni ziemi (z języka męskiej władzy-wiedzy) - dość dziwnie brzmią tu słowa autorki: "Przyglądając się staranniej przeszłości [...] i dzisiejszej rzeczywistości, odkrywamy dominującą, w pewnym sensie, rolę kobiety. Rolę nie tylko matki i żony, ale przede wszystkim organizatorki życia rodzinnego". Córki tej organizatorki "bacznie przypatrują się poczynaniom matki, by już niedługo sprostać wszystkim wymaganiom stawianym przez ich własnych mężów i synów". Doprawdy, te słowa mogłyby wyjść spoza zagrody Złotego Zęba Kazimierza Kapery. Jeśli rola kobiety jest tu "dominująca", to istotnie jest to dominacja "w pewnym sensie". Na przykład w podobnym do tego, w jakim mówimy, że filozofia grecka powstała dzięki niewolnikom.
Zasadniczy zamysł pracy nie polegał jednak na odgrzebywaniu ukrytych ścieżek - przeciwnie, książka rzetelnie, obszernie i znakomicie ukazuje "to co jest", to znaczy kulturę religijną całkowicie i bez reszty skoncentrowaną na mężczyźnie. Kobiety grają rolę zadowolonych (?) niewolnic i właściwie "opowieści chasydek" polegają na tym, że chasydki mówią jedno i to samo - nie ma mnie i jestem szczęśliwa, a poza tym nie mam czasu myśleć. Są jednak wśród nich wyjątki.

Głosy "odszczepienic"

Wątpliwości i tęsknota za wolnością pojawiają się tu czasami, ale muszą zostać stłumione, gdyż grożą wykluczeniem ze wspólnoty. Jedna z najciekawszych rozmówczyń autorki, Pani Stefa, przeżyła wojnę w Polsce, dzięki temu, że jej matka, zamożna wiedenka, "postanowiła, że będziemy się ratować". Matka i dwie córki przetrwały do końca wojny w dziurze pod podłogą i pod stogiem siana, którą wykopał dla nich polski chłop, w zamian za przepisanie na niego rodzinnego majątku Rappaportów. "Nie śniło mu się przecież, że przyjdą Rosjanie i to wszystko nic nie będzie warte". Pani Stefa opowiada, podobnie jak inne starsze kobiety, że dzisiejsze ultra-ortodoksyjne obyczaje są znacznie bardziej represyjne niż te, które panowały przed laty. Jej ojciec, rabin i wielki znawca Tory, przez dzisiejszych "czarnych", którym podporządkowały się córki pani Stefy, zostałby zapewne uznany za goja, gdyż nosił zaledwie czarny garnitur. "Czy ja to akceptuję? Ja nie mam innego wyjścia, jeśli chcę dobrze żyć z córkami". Dzisiejsze obyczaje są jednak dla niej niebezpiecznie wsteczne. "Źeby trzyletnie dzieci, rodzeństwo, nie mogły się ze sobą bawić, bo to chłopak i dziewczyna? Tego się nie widziało. [...] Ja uważam, że to wszystko kiedyś pęknie. Dwanaścioro, trzynaścioro dzieci? Kto to widział przed wojną mieć tyle dzieci? Czworo, pięcioro - tak. A dziś jeden drugiego próbuje przegonić w swojej gorliwości. Jeśli ona może wychować dziesięcioro, ja dam sobie radę z jedenaściorgiem. Nieludzka moda. I to się nazywa religijnością!". Mimo poważnych wątpliwości, a nawet zwątpienia po wojnie, pani Stefa nie zdecydowała się odejść od wiary, odziedziczonej po rodzicach i pomagającej niegdyś matce i córkom przetrwać. Jako ta, która ma swoją opowieść, tożsamość, wątpliwości i samodzielne opinie - jest pani Stefa jedną z wyjątkowych postaci wśród wielu rozmówczyń, a na tle coraz bardziej zamkniętej i oddzielonej od świata wspólnoty - outsiderką. Innym dramatycznym śladem poczucia niewygody jest głos Friedy, która pracuje jako ktoś w rodzaju psychoterapeutki z kobietami ze swojego środowiska. (Nie ma oczywiście formalnego wykształcenia i musi dokształcać się sama). Działa również w amatorskim teatrze. Ma swoje pasje i swoje marzenia. "Gdybym nie była kobietą religijną, myślę, że zostałabym aktorką, nie w filmie, ale w teatrze, bo teatr jest bardziej żywy, bardziej prawdziwy. Czasami idę do teatru, ale tak mnie potem w brzuchu kręci z tęsknoty, że wolę siedzieć w domu".
Kilka prawdziwych kobiecych "odszczepienic" krytykuje świat ortodoksyjny jako obłudny i okrutny wobec kobiet, wydziedziczanych z woli, wiedzy i możliwości jakiegokolwiek duchowego rozwoju. Chaja Ester, wierząca i twórcza pięćdziesięciokilkuletnia kobieta, została relegowana ze wspólnoty ortodoksyjnej po tym, jak napisała i wydała swoją pierwszą książkę. Był to "zbiór opowiadań o religijnych kobietach. Wszystkie historie dzieją się w mykwie, która - wedle słów autorki - jest symbolem ich intymności, bezbronności, ale także i zakłamania" - pisze Anka Grupińska. Szkoda, że nie napisała czegoś więcej o pisarstwie Chaji Ester - to dopiero byłoby ciekawe! Tam, w mykwie, być może można usłyszeć wewnętrzną, ukrytą mowę kobiet, opowieści-palimpsesty, szczelinowy, niesłyszalny głos, zaświadczający zapewne o wszechobecności męskiego Prawa, ale i tworzący obecność kobiety. Chaja "odeszła ze swego dawnego świata nagle i z wielką ulgą. Zaczęła pisać, malować i poszukiwać swego osobistego kontaktu z Bogiem". To ona jest chyba pomysłodawczynią tytułu książki Grupińskiej. Krótka relacja z rozmowy z Chają kończy się tak: "i już z korytarza wykrzykuje za mną: nie boję się niczego, bo nie boję się siebie! Trzeba umieć spotkać nie tylko Ewę, ale i Lilit".
O innej ze zbuntowanych, Chawie, która również jest kobietą-autorką, Anka Grupińska pisze, że jest "jedną z niewielu z byłych charediot, które tak bardzo ekshibicjonistycznie upubliczniają swoją przeszłość". Na tę etykietkę "ekshibicjonizmu" zwraca uwagę Bożena Umińska w swojej recenzji. Nic dziwnego, bo rzeczywiście brzmi to dość niejasno. Czyżby "opowieści chasydek" mogły być rozpowszechniane tylko przez Ankę Grupińską i tylko w postaci nie-opowieści lub opowieści o akceptacji męskiej władzy?

Ukryte ciało

Książkę ozdabiają zdjęcia religijnych Źydów - mężczyzn, kobiet i dzieci. Widoczne na fotografiach i opisywane przez autorkę tradycyjne stroje męskie są bardzo piękne i malownicze, takimi też je zapamiętałam ze swojego pobytu w Jerozolimie. Kapoty satynowe, jedwabne, czarne, pasiaste, długie, krótkie, lisie czapy, kapelusze, białe skarpety, czarne skarpety, kształt pejsów czy sposób ich zawijania albo zakładania za uszy - wszystko to wyznacza barwną mapę rozmaitych podziałów tego świata. Tradycja wyznaczyła kobietom tylko sposób zasłaniania głowy i całego ciała - przykrywania ogolonych czaszek (nie wszystkie zresztą golą włosy, niektóre tylko zasłaniają) peruką, chustą czy turbanem, a także noszenie długich rękawów, grubych pończoch i zapinanie się po samą szyję. Kobiety, na ogół ubogie, chodzą w tanich i brzydkich bryłowatych spódnicach, bluzkach i sukienkach, często ze sztucznych materiałów. Po kilkunastu porodach często są otyłe, mają spuchnięte nogi, powykrzywiane kręgosłupy. Kilka takich dojmujących portretów żydowskich matek o nieobecnym spojrzeniu pociągowego zwierzęcia zamieszczono w książce. Anka Grupińska nie pytała ich chyba o zdrowie, ale temat wyniszczenia ciała przez kolejne ciąże i fizyczną pracę od świtu do nocy jakoś tu krąży, skoro jedna z kobiet mówi o tym, że może chodzić na basen ze względu na swój poskręcany kręgosłup, a słodką tajemnicą pewnej grupy przyjaciółek są trzydniowe wyjazdy do hotelu, gdzie można poczytać gazety i... poćwiczyć na siłowni, "w grubych rajstopach i szerokich, długich sukienkach".
Całość książki jest szczegółową rekonstrukcją i opisem świata współczesnego chasydyzmu, jego podziałów na dwory, rody, szkoły, jego historii, legend, rozłamów i konfliktów wewnętrznych. Świat ten często, chcąc nie chcąc, uwikłany jest w politykę i ekonomię współczesnego państwa Izrael, mimo zamknięcia i odizolowania się "bogobojnych" za niewidzialnym murem wszech-koszerności. Książka może służyć jako wspaniały przewodnik po świecie nieczytelnym zupełnie dla turysty odwiedzającego Mea Sharim, religijną dzielnicę Jerozolimy, i nieczytelnym również dla świeckiego Izraelczyka, niechętnie nastawionego do środowisk ortodoksyjnych. Ance Grupińskiej przyświecał, jak można sądzić, cel przekroczenia antyreligijnego stereotypu, powszechnego wśród świeckiej społeczności Izraela. Stereotyp antyświecki jest równie potężny wśród religijnych, ale autorka książki, jako gojka i to w dodatku z Polski, mogła przekroczyć stereotyp tylko w jedną stronę - odbywając wyprawę "za mur" bez uprzedzeń i bez niechęci. A nawet z nostalgicznym marzeniem o posmakowaniu tego, co czarodziejskie i egzotyczne, o odkryciu Atlantydy, niegdyś istniejącej na terenie Polski. "Ciekawa podróży w czas miniony, zaczęłam krążyć wokół chasydów, których przeszłość jest do pewnego stopnia i moją przeszłością. Ich historia miesza się z moją historią, a miejsca, z których pochodzą, są miejscami, do których i mnie przypisano" - pisze autorka we wstępie. Ciekawe, że wchodząc w świat ultraortodoksyjnych chasydów z zamiarem ocalenia go i odkopania, Anka Grupińska podejmuje i eksponuje w tytule tematykę kobiecą, newralgiczną w tym wypadku, gdyż rola kobiety w opisywanym przez nią świecie jest wyjątkowo straszna, zarówno wedle standardów zachodnich demokracji, jak i na tle przemian zachodzących we współczesnym judaizmie, nawet tym średnio ortodoksyjnym. Autorka książki postawiła przed sobą zadanie trudne, a nawet sprzeczne i w jakimś sensie niemożliwe - opisanie systemu kultury, w którym funkcja kobiety sprowadza się do funkcji rozrodczej oraz do gotowania i sprzątania, a zarazem podzielenie się z czytelnikami fascynacją i oczarowaniem ową kulturą. Być może ta sprzeczność jest tak uciążliwa dla mnie, która jestem feministką. Jest jednak coś dziwnego i niejasnego w stylu pisania Anki Grupińskiej i w jej stosunku do bohaterek swojej książki, skoro Najtrudniej jest spotkać Lilit spotkało się z tak rozbieżnymi odczytaniami. Dla jednych (moja mama i siostry) jest to opowieść o opresji i wykluczeniu. Obok tego jednak spotykam głosy takie, jak recenzenta "Rzeczpospolitej" albo Grażyny Borkowskiej ("Wysokie obcasy", 11 września 1999), którzy pisali, że właśnie piękne i imponujące jest u tych kobiet to, że pogodziły się ze swym losem i żyją w zgodzie z surowymi wzorami kultury. Byłoby to chyba odczytanie bardziej zgodne z intencją autorki, która mówi w rozmowie z Tadeuszem Fijałkowskim, drukowanej w "Tygodniku Powszechnym" (7 listopada 1999), że kobiety chasydzkie "są rzeczywiście w domu królowymi, nie ma w tym żadnej przesady. To one, a nie mężczyźni regulują zasady życia domowego, ustalają porządek dla całej rodziny, są najważniejsze". Przypomina to, jako żywo, matriarchat domowy jako królestwo Matki Gastronomicznej, opisanej przez Sławkę Walczewską w Damach, rycerzach i feministkach.

Radość szorowania podłóg

Zapytana o swoją ulubioną rozmówczynię, Anka Grupińska wyznaje, że jest nią "Słoneczna Chana", która wstaje o piątej rano i szoruje podłogi, bynajmniej więc nie ta, która "spotkała Lilit". "Znajdź mi w Warszawie kobietę, która będzie zadowolona z tego, że umyła podłogi" - dodaje autorka książki. Można by w tym momencie zadać pytanie, dlaczego sama Anka Grupińska nie spróbuje tej prostej recepty na szczęście, zamiast parać się fachem pisarskim?
"Nie przesadzajmy jednak z tym zniewoleniem: chasydzi i chasydki sami przyjmują zasady, które im przekazano, mało tego - są szczęśliwi żyjąc według nich" mówi pisarka na koniec rozmowy. Dziwne to dosyć, skoro sama zanalizowała i drobiazgowo opisała system socjalizacji dziewczynek w tej kulturze i sposób kształcenia ich w ignorancji, niewiedzy i lęku, powodujących, że one właśnie niczego "same" przyjąć ani wybrać nie mogą. Konstanty Gebert, w recenzji z książki Grupińskiej ("Midrasz", wrzesień 1999) pisze wśród ogólnych wyrazów uznania, że jednak czasami irytuje go "wstrzemięźliwość autorki", jej nieujawnianie tego, co "myśli o swoich rozmówczyniach, jakie budzą w niej reakcje oprócz ciekawości i wyraźnej sympatii". Odpowiedź jest zawarta w rozmowie z Tomaszem Fijałkowskim. Grupińska myśli o nich - i być może jest to dowód sympatii, ale na pewno nie empatii - że są królowymi w swych domach, gdzie jako królowe myją o piątej rano podłogi. Ja bym raczej życzyła Chanie, aby jej promienna energia i żarliwa miłość do Boga spełniły się według legendarnego wzoru chasydzkich "rabiń", pomagających innym kobietom w rozwoju duchowym, aniżeli poprzez sprzątanie. (Wiem coś o tym, bo w młodości poznawałam Jerozolimę "z punktu widzenia sprzątaczki" i myłam podłogi codziennie albo, jak się poszczęściło, to i kilka razy dziennie. Było to jednak bardzo męczące i działało na mnie źle, ale być może jestem niedostatecznie "słoneczną" kobietą). Co jednak nie zmienia faktu, iż książka jest tak rzetelna, że można z niej czerpać garściami wiedzę i co kto chce, może sobie z tą wiedzą zrobić.
Na zakończenie przytoczę dowcip żydowski, który opowiedziała mi przez telefon doc. Krystyna Kłosińska z Uniwersytetu Śląskiego, kiedy na pytanie co robię, zaczęłam opowiadać o chasydkach, o których właśnie pisałam. "Źyd jedzie z chłopem furmanką i widzą kaczki kąpiące się w błocie. Dlaczego one kąpią się w błocie, kiedy obok jest staw z czyściutką wodą? - pyta chłop Źyda. Aaaa - odpowiada Źyd - gdyby one wiedziały!" Na zupełne zakończenie wytłumaczę ten dowcip. Nie chodzi o to, że chasydki to kaczki (choć istnieje taka możliwość) ale o to, że wiedza jest władzą, a byt określa świadomość. Krótko mówiąc, gdyby kobiety "się dowiedziały", to by może czegoś chciały. Lepiej więc niech wymrą stare matki, które pamiętają lepsze czasy, a o Pannie z Ludmiru sza!

 








• Subskrypcja

Wpisz swój adres i zatwierdź aby otrzymywać regularne informacje o nowościach na stronach eFKi

 
 Copyright © 2003 Fundacja Kobieca "eFKa"            projekt - Dominik Paszkiewicz, wykonanie -